W polityce można wygrać głosem. Można wygrać sprytem. Można nawet wygrać chwilową większością. Ale tylko nieliczni wygrywają charakterem. W rocznicę urodzin Władysława Bartoszewskiego wracamy do człowieka, który zostawił po sobie nie slogan, lecz miarę, prostą i wymagającą. Warto być przyzwoitym.
Dziś wspominamy człowieka, który nie potrzebował podniesionego tonu, by być słyszanym. W czasach, gdy autorytet buduje się często na emocji, on budował go na konsekwencji. W epoce sporów na klasie. W rzeczywistości pełnej deklaracji na czynach.
Warto być przyzwoitym nie było cytatem na okoliczność. To był program życia.
Władysław Bartoszewski wiedział, czym jest państwo bez prawa, czym jest władza bez granic i do czego prowadzi pogarda wobec drugiego człowieka. Przeszedł przez doświadczenia, które mogłyby usprawiedliwić cynizm. Wybrał odpowiedzialność. Zamiast resentimentu wybrał służbę. Zamiast krzyku standard.
Przyzwoitość w jego rozumieniu nie była naiwnością. Była siłą. Była odwagą powiedzenia nie, kiedy większość mówi tak. Była umiejętnością zachowania proporcji wtedy, gdy polityka skręca w stronę plemienności. Była świadomością, że państwo to wspólnota, a nie łup.
Warto przypomnieć rzecz prostą, lecz znaczącą. Władysław Bartoszewski miał jedynie legitymację PSL. Nie zmieniał barw wraz z wiatrem politycznych sezonów. Był związany z tradycją ruchu ludowego, państwową, odpowiedzialną, zakorzenioną w etosie pracy i wspólnoty. To nie była polityka efektu. To była polityka zasad.
Dojrzałość polityczna nie polega na bezbłędności. Polega na zdolności myślenia w kategoriach państwa, a nie wyłącznie kadencji. Na rozumieniu, że reputację buduje się latami, a traci jednym gestem. Na świadomości, że siła państwa nie zaczyna się od dominacji, lecz od standardów.
Dlatego rocznica jego urodzin nie jest wyłącznie wspomnieniem. Jest testem.
Bo przyzwoitość nie jest dekoracją polityki. Jest jej fundamentem. A fundamenty, choć niewidoczne, utrzymują całą konstrukcję.


