Skip to main content

Na europejskim rynku funkcjonuje ciche pęknięcie. Te same substancje, których nie wolno stosować przy produkcji żywności w Unii Europejskiej, mogą pojawiać się w produktach importowanych spoza niej. To systemowa sprzeczność, która przez długi czas pozostawała bez realnej reakcji. Dziś ta fikcja dobiega końca. Polska stawia granicę w momencie, gdy spór o Mercosur przestaje być techniczną debatą handlową, a staje się politycznym testem europejskiej konsekwencji.

Decyzje w polityce rolnej rzadko bywają spektakularne. Zazwyczaj mają charakter techniczny, są rozproszone w paragrafach i niezrozumiałe dla opinii publicznej. Tym razem jest inaczej. Przygotowywane rozporządzenie w sprawie czasowego zakazu importu do Polski żywności zawierającej pozostałości pestycydów zakazanych w Unii Europejskiej nie jest regulacyjnym detalem. To świadoma decyzja strategiczna, która dotyka bezpieczeństwa konsumentów, przyszłości europejskiego rolnictwa oraz pozycji Polski w sporze o kształt globalnego handlu.

Minister rolnictwa i rozwoju wsi nie pozostawia w tej sprawie wątpliwości.

– Nie możemy pozwolić sobie na Europę dwóch prędkości. Z jednej strony nasi rolnicy, przetwórcy i producenci muszą spełniać coraz wyższe normy i standardy, z drugiej strony otwieramy drzwi dla produktów, które z tych obowiązków są zwolnione – podkreślił Stefan Krajewski.

To zdanie trafnie oddaje sedno problemu, z którym Unia Europejska mierzy się od lat. Wspólnota buduje najbardziej restrykcyjny system bezpieczeństwa żywności na świecie, jednocześnie dopuszczając import produktów wytwarzanych przy użyciu substancji, których sama zakazuje. Efektem jest trwała asymetria, która uderza w rolników i podważa zaufanie obywateli do wspólnego rynku.

Bezpieczeństwo żywności to nie slogan

Projektowane rozporządzenie obejmuje substancje czynne zakazane w Unii Europejskiej od kilkunastu lat, takie jak karbendazym, benomyl, glufosynat, tiofanat metylu czy mankozeb. Nie jest to nowa wiedza naukowa ani nagła zmiana podejścia. To logiczna konsekwencja obowiązującego europejskiego prawa żywnościowego, które jasno wskazuje, że to, co uznano za zbyt niebezpieczne dla europejskiego rolnika i konsumenta, nie powinno trafiać na europejski stół.

– Bezpieczeństwo żywności jest równie ważne jak bezpieczeństwo militarne czy energetyczne – zaznaczył minister Krajewski.

To deklaracja, która ustawia ochronę konsumentów w jednym szeregu z kluczowymi filarami państwa. W tym miejscu kontekst Mercosur przestaje być marginalnym tłem, a staje się centralnym elementem całej debaty.

Mercosur jako test wiarygodności Unii Europejskiej

Umowa handlowa z krajami Mercosur od początku budzi w Polsce sprzeciw. Nie z powodów ideologicznych, lecz z uwagi na realne skutki, jakie może przynieść dla europejskiego rolnictwa. Import żywności produkowanej przy użyciu substancji zakazanych w Unii Europejskiej, przy odmiennych standardach środowiskowych i sanitarnych, nie jest wolnym handlem. Jest konkurencją strukturalnie nierówną.

– Robiliśmy wszystko, by tę umowę zablokować, ale mając świadomość różnych interesów geopolitycznych, z wyprzedzeniem zabezpieczaliśmy dla rolników klauzule ochronne i hamulce bezpieczeństwa – przypomniał minister.

To wypowiedź pokazująca polityczną dojrzałość: sprzeciw bez naiwności oraz ochrona interesu narodowego bez ignorowania międzynarodowych realiów. Jednocześnie zapowiedź dalszych działań, w tym możliwej skargi do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, jasno sygnalizuje, że Polska nie traktuje Mercosuru jako zamkniętego rozdziału.

Od deklaracji do precedensu, który zmieni reguły gry

Istotne jest również to, że Polska nie działa w oderwaniu od europejskiego kontekstu. Francja wprowadza blokady dotyczące produktów zawierających pozostałości zakazanych pestycydów, a sprawa trafia na forum Stałego Komitetu do spraw Roślin, Zwierząt, Żywności i Pasz w Brukseli. Polska deklaruje zdecydowane poparcie dla tych działań.

To może oznaczać narodziny precedensu, który trwale zmieni europejską debatę o handlu międzynarodowym. Zamiast ogólnych deklaracji o zrównoważonym handlu pojawia się zasadnicze pytanie o zdolność Unii Europejskiej do egzekwowania własnych standardów wobec partnerów zewnętrznych.

Polityka odpowiedzialna, nie reaktywna

Przygotowywany zakaz nie jest wymierzony w handel i nie stanowi prostej formy protekcjonizmu. To próba przywrócenia elementarnej zasady równości reguł. Jeśli Unia Europejska ma pozostać wspólnotą standardów, a nie wyłącznie rynkiem zbytu, takie decyzje stają się nieuniknione.

W tym sensie rozporządzenie jest czymś więcej niż instrumentem prawnym. To czytelny sygnał polityczny wysyłany do Brukseli, do partnerów handlowych oraz do europejskich rolników. Granice kompromisu zostały jasno wyznaczone. W sprawie bezpieczeństwa żywności i przyszłości rolnictwa ostatnie słowo jeszcze nie padło.