379 ofiar. Trzy dni bratobójczych walk. Początek politycznego pęknięcia, którego skutki Polska odczuwała przez lata. W 100. rocznicę zamachu majowego Ludowcy przypominają, że demokracja umiera nie tylko od siły. Czasem umiera od nienawiści.
Demokracje rzadko upadają w ciszy. Najpierw pojawia się pogarda. Potem polityczna wojna. Na końcu padają strzały. Maj 1926 roku był momentem, w którym Polska przekonała się, jak wysoką cenę płaci państwo, gdy wspólnota przegrywa z nienawiścią.
100 lat po zamachu majowym historia wraca nie po to, by dzielić Polaków kolejnym sporem o przeszłość. Wraca jako ostrzeżenie. Każde państwo zaczyna słabnąć wtedy, gdy polityka przestaje być rozmową o Polsce, a staje się wojną przeciwko sobie nawzajem.
Maj 1926 roku pokazał, jak groźne jest przekonanie, że racja polityczna daje prawo do omijania konstytucji, podważania legalnych instytucji i budowania atmosfery permanentnego konfliktu. Wystarczy kilka kroków: pogarda wobec przeciwników, podważanie autorytetu państwa, język politycznej nienawiści i wiara, że cel usprawiedliwia każde działanie. Wtedy demokracja zaczyna pękać od środka.
Socjologowie nazwaliby ten moment rozpadem kapitału społecznego – zaufania, bez którego państwo istnieje już tylko formalnie. Gdy obywatele przestają widzieć w sobie wspólnotę, a zaczynają dostrzegać wyłącznie przeciwników do pokonania, państwo traci swój najważniejszy fundament.
Ulice Warszawy spłynęły krwią 379 ofiar. Polska zapłaciła ogromną cenę za politykę emocji, radykalizmu i siły.
Państwo ważniejsze niż ambicje
Dla ruchu ludowego pamięć o tamtych wydarzeniach ma wymiar szczególny. Wincenty Witos i Stanisław Wojciechowski wiedzieli, że państwo jest ważniejsze niż polityczne ambicje. Ustąpili, by zatrzymać dalszy rozlew bratniej krwi.
– Józef Piłsudski dokonał zbrojnego przewrotu zwanego zamachem majowym. Zginęło wówczas 379 osób. Prezydent Stanisław Wojciechowski i premier Wincenty Witos, nie chcąc dopuścić do jeszcze większych walk bratobójczych, ustąpili – przypomina wicemarszałek Sejmu Piotr Zgorzelski.
To była lekcja odpowiedzialności za państwo. Lekcja, która także dziś pozostaje niezwykle aktualna.
Demokracja nie przegrywa jednego dnia
Dzisiejsza Polska również potrzebuje odpowiedzialności większej niż polityczna temperatura dnia. Potrzebuje szacunku dla konstytucji, instytucji państwa i elementarnych zasad debaty publicznej. Naród podzielony do granic nienawiści staje się słabszy wobec każdego kryzysu – gospodarczego, społecznego czy geopolitycznego.
Filozofowie polityki określają taki stan mianem „erozji republikańskich cnót” – momentu, w którym obywatele i elity przestają myśleć kategorią dobra wspólnego, a zaczynają traktować państwo wyłącznie jako narzędzie politycznego zwycięstwa. To właśnie wtedy demokracja staje się najbardziej bezbronna.
Największe państwa upadają nie wtedy, gdy brakuje im siły militarnej. Upadają wtedy, gdy tracą zdolność budowania wspólnoty.
Demokracja nie przegrywa jednego dnia. Najpierw przegrywa język debaty publicznej. Później szacunek do prawa i instytucji. Dopiero na końcu przegrywa państwo.
Historia jako zobowiązanie
Historia maja 1926 roku przypomina jedno: żadna polityczna wygrana nie jest warta ceny narodowego pęknięcia. Dlatego obowiązkiem odpowiedzialnej polityki nie jest wyłącznie wygrywanie wyborów, lecz przede wszystkim ochrona wspólnoty narodowej przed nienawiścią, radykalizmem i pogardą, które zawsze prowadzą do osłabienia państwa.


