Skip to main content

W 1946 roku Płock za sprawą ludowców stał się areną jednego z największych sprzeciwów wobec komunistycznego terroru i represji powojennych.

Był rok 1946. Jeżeli jeszcze ktoś myślał, że powojenna Polska będzie krajem o demokratycznym porządku prawnym, to ostatecznie się tych złudzeń wyzbywał, obserwując jak krok po kroku komuniści najpierw w czerwcu 1946 roku w bezceremonialny sposób sfałszowali referendum. W kilka miesięcy potem w styczniu 1947 r. to samo zrobili z wyborami do Sejmu Ustawodawczego, w wyniku których PSL uzyskało tylko 28 mandatów. Wciąż nasilał się terror, a szalejąca fala represji dotykała głównie działaczy Polskiego Stronnictwa Ludowego, które było największą legalnie działającą opozycją wobec władzy i w coraz bardziej otwarty sposób przygotowywali się już do ostatecznej rozprawy z ludowcami.

Na celowniku aparatu bezpieczeństwa przede wszystkim pozostawał prezes PSL i wicepremier Stanisław Mikołajczyk – polityk niezwykle popularny w kraju jak i za granicą. Jego obawy o własne życie nie były przesadzone i Mikołajczyk mógł podejrzewać, że spotkać go może los Iuilu Maniu, lidera rumuńskiej Partii Narodowo-Chłopskiej, aresztowanego w lipcu 1947 r. i skazanego na dożywocie. Sytuacja w kraju dostarczała codziennie nowych przykładów prześladowania działaczy PSL, których skazywano na okres długoletniego więzienia. Tak jak redaktorów naczelnych „Gazety Ludowej” – Zygmunta Augustyńskiego i „Piasta” – Karola Buczka. Mikołajczyk wiedział, że uderzenie bezpośrednio w jego osobę jest tylko kwestią czasu. Pomimo tych działań władz komunistycznych wobec PSL-u, liczba członków partii chłopskiej stale rosła i na przełomie 1946/1947 r. wynosiła ponad 800 tyś.

Jednym z najsilniejszych ośrodków ruchu ludowego w powojennej Polsce było Mazowsze Płockie, z bardzo liczną powiatową organizacją PSL. Jej prezesem był Roman Lutyński, wybitny płocczanin, prawnik, prezes Towarzystwa Naukowego Płockiego. Dlatego właśnie tu organy komunistycznej bezpieki dostały rozkaz bezwzględnej walki z ludowcami. Po mazowieckich wsiach grasowały bezkarnie grupy zwyrodnialców i zwykłych bandytów spod znaku UB. Potajemnie mordowali m.in członków PSL. Dowódcą jednego z oddziałów nazwanych przez ludność „szwadronami śmierci” był Władysław Rypiński ps. „Rypa”, który na zlecenie władz PPR dokonywał skrytobójczych mordów. W latach 1945–1947 dowodzona przez niego banda zamordowała ok. 100 osób, głównie związanych z AK, NSZ i PSL.

Jedną z najgłośniejszych zbrodni „szwadronu śmierci”, było zamordowanie trzech braci Gójskich mocno zaangażowanych w działalność AK, którzy w czasie okupacji pomagali ukrywającemu się „Rypie”. Taki sam los spotkał także Antoniego Zaleskiego, działacza ruchu ludowego, żołnierza Armii Krajowej w Inspektoracie Płocko-Sierpeckim, wiceprezesa Zarządu Powiatowego Polskiego Stronnictwa Ludowego w Płocku. Zginął tragiczną śmiercią 14 listopada 1945 roku, brutalnie zamordowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa przed bramą własnego gospodarstwa w Cekanowie k. Płocka. Bez wyroku sądu, bez procesu. Sprawiedliwość dosięgła jednak Władysława Rypińskiego „Rypę” w październiku 1947 r. kiedy zginął z rąk członków oddziału partyzanckiego Wiktora Stryjewskiego „Cacki”.

Mimo atmosfery strachu i terroru ludowcy ziemi płockiej zdecydowali się zorganizować w Płocku wielkie zgromadzenie chłopskie, na którym zamierzali poświęcić sztandar Polskiego Stronnictwa Ludowego. Wiec ten stanowić miał powszechną manifestacją poparcia dla polityki PSL-u i osoby Stanisława Mikołajczyka, który przyjął zaproszenie na tę uroczystość. Datę wyznaczono na 18 sierpnia 1946r. Kłopoty zaczęły się już w momencie wyboru miejsca. Komunistyczne władze odmawiały wskazania lokalizacji. Dopiero Salezjanie z płockiej „Stanisławówki” z proboszczem ks. Janem Żakiem nie ulękli się gróźb i zaprosili ludowców w swoje gościnne progi.

Bezpieka imała się rożnych sposobów, aby nie dopuścic do zgromadzenie się chłopów. Jerzy Zmysłowski, uczestnik tych wydarzeń tak wspominał „Miałem wtedy 18 lat i mieszkałem w Drobinie – opowiada. – Miejscowi ludowcy w sobotę poprzedzającą zjazd w Płocku zebrali się i chcieli jechać samochodami. Ale pojawili się milicjanci i zawrócili ich. Nie pozwolili im ruszyć w kierunku Płocka. Ludowcy poszli wtedy pieszo – 33 kilometry. Nie byłem żadnym działaczem, ale właśnie ta sytuacja, a także zapowiedź przyjazdu na wiec Stanisława Mikołajczyka spowodowały, że zaintrygowało mnie to wszystko. Razem z pięcioma chyba kolegami wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy do Płocka.”

Dwa dni wcześniej w sztabie Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego odbyła się narada przedstawicieli bezpieki, Milicji Obywatelskiej i PPR. Dyskutowano o tym, jak rozbić zgromadzenie ludowców. Dowódcą tej akcji został podporucznik Sergiusz Niczyporuk. Do PSL-owców dotarła wiadomość, że milicjanci lub PPR-owcy zamierzają ich zaatakować i rozbić wiec. Postanowili stworzyć więc Obywatelską Straż Porządkową.

Archiwum Państwowe w Płocku w ramach projektu „Archiwum Historii Mówionej” nagrało opowiadanie Józefa Longina Przedpełskiego, działacza ludowców, uczestnika tych wydarzeń. – „Wiedzieliśmy, że PPR będzie próbowało coś bruździć – opowiada przed kamerą Józef Przedpełski. – Zostaliśmy zawiadomieni, że mamy stanąć do obstawy i zabezpieczyć teren, żeby nie było tam jakiegoś zamieszania czy napadu. Było nas, młodych chłopaków, chyba z 50. Stanisławówka stała wtedy przy drodze, ja pilnowałem odcinka od drogi do bramy.”

Straż porządkowa ludowców stanęła wokół kościoła dzień przed zjazdem. – Trochę postaliśmy, trochę podrzemaliśmy, ale wtedy nic się nie działo – wspomina Józef Przedpełski. – Zjazd zaczął się w niedzielę, przyjechali ludzie z całego kraju, z Warszawy, Rembertowa, Piaseczna, z tymi ja się zetknąłem, bo później ich sztandary odzyskiwaliśmy. Były także delegacje z Sochaczewa, Płońska, Ciechanowa, Mławy, Rypina, Łodzi i Olsztyna.”

Stanisław Mikołajczyk wyruszył z Warszawy, jednakże został zatrzymany w Wyszogrodzie przez patrol UB, który miał ostrzec go o planowanym rzekomo w Płocku zamachu na jego życie. Atmosfera zastraszania, która towarzyszyła mu codziennie z pewnością miała wpływ na decyzję o zawróceniu do stolicy. Władze na wiecu reprezentowali posłowie PSL Kazimierz Bagiński oraz Andrzej Witos, młodszy brat przywódcy chłopskiego.

Jak raportował porucznik UB Stefan Gołębiewski: „O godz. 11 rano zaczął się zjazd PSL z miasta i powiatu, zjazd PSL trudno to nazwać, ja to nazywam manifestacją całej reakcji z terenu powiatu, jak i miasta. Na zjeździe tym można było zauważyć przede wszystkim bogatych rolników, sklepikarzy, lepszych szabrowników, dobrze wyglądających panów i panie, widziałem nawet rozparcelowanego dziedzica, młodzież z gimnazjum, która pomagała ryczeć bydłu na pasku reakcji. Wszyscy ci, którzy byli na zjeździe, nic nie mieli i nic nie będą mieli wspólnego z ruchem ludowym w Polsce. Chodziły słuchy, że ma przyjechać Mikołajczyk, ten »mesjasz reakcji«, jednak nie przyjechał.”

Jak można wnioskować z opisu ubeka Polskie Stronnictwo Ludowe w owym czasie gromadziło wokół siebie całe spektrum społeczne. Ruch ludowy był postrzegany przez komunistów jako śmiertelne zagrożenie.

Wokół zmierzających na wiec zwolenników PSL-u krążyli informatorzy UB, którzy tak relacjonowali nastroje wsród Polaków: „Borowicz”: „Obecnie panuje radość kułaków, że w czerwcu PPR fiknie. Mikołajczyk z PSL wygra i już się skończy z PPR-owcami. Agitacja reakcji głosi jedno, żeby na PPR-owców nie głosować, to się skończą kontyngenty„. „Czołg”: „Ucieszeni byli, że niedługo tym łapsom się skończy. PSL musi wziąć większość w głosowaniu i żeby Mikołajczyk rządził, a nie PPR ani PPS, bo to są łobuzy, tylko kontyngentami by chcieli żyć„.Z kolei „Organ” informował:

„Obywatel Marzec Stanisław ze wsi Proboszczewice, gm. Stara Biała, pow. płocki, tak się wyrażał, że nie odstawi kontyngentu i dokąd ten rząd będzie, to nic nie odstawi, bo i tak wszystko ruskie zabiorą. Polacy nie mają co jeść. Jak się zmieni, dopiero będzie wszystko odstawiał„.

Wiec odbywał się na Stanisławówce, której budynki – kaplica, tzw. ochronka i inne, wraz z murem od strony obecnej ul. Obrońców Płocka 1920 roku – tworzyły zamknięty czworobok z placem w centrum. Do środka można było się dostać tylko z przepustką mimo to PPR-owcom udało się „przemycić” do środka jedną ze swoich bojówek. Większość demonstrantów zgromadzonych było na placu i przebieg zjazdu oraz wystąpienia mówców słyszeli przez rozstawione wokół placu megafony.

Jacek Pawłowicz w „Ludziach płockiej bezpieki” opisuje m.in.: „Na dachach okolicznych budynków pojawili się członkowie PPR i ZWM, którzy gwizdami i wulgarnymi krzykami usiłowali zakłócić uroczystość. W momencie zrywania przez bojówkarzy z PPR urządzeń nagłaśniających doszło do starcia z członkami Straży Porządkowej. W tym momencie do akcji wkroczyli funkcjonariusze UB i aresztowali członków straży, umożliwiając (…) bojówkarzom wtargnięcie na miejsce uroczystości. Podczas przemówienia Kazimierza Bagińskiego uzbrojeni w kije i pistolety bojówkarze wdarli się na salę, bijąc zebranych i strzelając w powietrze„. Słowa posła PSL musiały wywołać wsciekłość, bo jak relacjonuje Józef Przedpełski mówił on „że jak będzie nadal taka polityka jak prowadzona teraz, to nie będzie tych partyzantów tyle, co drzew w lesie, ale tyle, ile liści na drzewach. I wtedy spadła na nas nawała tych wszystkich siepaczy. Uderzyli od strony podwórka”.

Cytując Jacka Pawłowicza: „[Bojówkarze PPR – red.] kilkadziesiąt osób dotkliwie pobili. Zniszczyli również kilka sztandarów i zdemolowali salę.”

Największy wiec chłopski na Mazowszu, w którym wzięło według relacji blisko tysiąc osób był w istocie wielkim aktem sprzeciwu wobec polityki prowadzonej przez komunistów w Polsce. Szczególnie uczestnicy jego wyrażali protest przeciw działaniom skierowanym wobec polskiej wsi i chłopów, ale jak wynika z opisu świadków udział w demonstracji wzięli przedstawiciele wszystkich środowisk: byli ziemianie, inteligencja, młodzież.

Podczas sprowokowanych walkach najcześciej wręcz dotkliwie pobito uczestników tych wydarzeń, którzy nie mając się czym bronić używali w ostateczności drzewców od sztandarów PSL. Jak wspomina Jerzy Zmysłowski. – „Gdy szliśmy przez miasto, w rejonie ówczesnej ulicy Dominikańskiej [dziś 1 Maja – red.] jechała doczka bez plandeki z takim młodym milicjantem, którego trochę znałem. Z tyłu leżały rzucone jak siano sztandary ludowców. A on w pozie zwycięzcy stał na nich, trzymając się rękoma za pałąki od plandeki„. Ci najbardziej waleczni spośród uczestników zostali zatrzymani na noc przez UB.

Pomysłodawca i przywódca płockich ludowców zapłacił za swoją postawę i organizację wiecu na Stanisławówce wysoką cenę. Jego zaangażowanie jako prezesa Towarzystwa Naukowego Płockiego i Polskiego Stronnictwa Ludowego było solą w oku władz komunistycznych. Postanowiono więc rozprawić się z Lutyńskim, pozbawiając go podstaw egzystencji ekonomicznej. Jako praktykującego adwokata, który nie bał się przyjmować tzw. trudnych spraw i często stanowił problem na sali sadowej pozbawiono prawa wykonywania zawodu i skreślono w 1951 r. z listy adwokatów. Uzasadnienie Wojewódzkiej Komisji Weryfikacyjnej dla Wojewódzkiej Izby Adwokackiej „Ob. Lutyński w sprawach prowadzonych przez siebie kieruje się wyłącznie interesem swoich klientów, nie dbając o dobro wymiaru sprawiedliwości. Co do działalności społeczno-politycznej ob. Lutyńskiego, to jest ona raczej negatywna w stosunku do PRL (…) Ob. Lutyński nie daje rękojmi ochrony interesów mas pracujących i Państwa Ludowego”.

Inny uczestnik wiecu, poseł Kazimierz Bagiński członek NKW PSL w 1947 r. otrzymał wyrok ośmiu lat więzienia, zmniejszony na mocy amnestii do lat czterech. Sam Mikołajczyk w obawie przed aresztowaniem i realną groźbą kary śmierci w październiku 1947 r. przy pomocy pracowników ambasady USA opuścił Polskę i wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Niemal rownocześnie z nim z kraju wyjechali inni wybitni ludowcy: Stefan Korboński i Wincenty Bryja. Nadchodził czas totalitaryzmu.

W 2011 roku, staraniem płockich ludowców, skwerek przy ul. Bielskiej bardzo lubiany przez mieszkańców nazwano imieniem Romana Lutyńskiego.

Skąd brała się tak wielka nienawiść komunistów do ludowców? Przede wszystkim PSL mogło stanowić realne zagrożenie dla legitymizacji nowej władzy, narzuconej siłą przez Związek Radziecki. Skala terroru i zastraszania oraz setki morderstw, dokonanych przez zdegenerowanych bandytów z Urzędu Bezpieczeństwa, pokazują, jak wielki był opór społeczny, jak dużym poparciem cieszył się Mikołajczyk i ruch ludowy. Idee ludowców, takie jak solidarność społeczna, praca u podstaw, poszanowanie wolności i godności jednostki, miały zostać zastąpione przez kolektywizację, terror aparatu państwowego i centralizację.

Historia udowodniła, że zbrodniczy komunistyczny system sprawowania władzy miał destrukcyjny wpływ na Polskę i dzisiaj, po wielu latach od odzyskania niepodległości powoli zapominamy o czasach siermiężnej, komunistycznej rzeczywistości. Warto jednak pamiętać o tych, którzy po wojnie postawili na szalę swoje całe życie i przelali krew w obronie wartości, które powinny być bliskie każdemu z nas. Warto również przeciwstawiać się zakusom każdej władzy, która chce wracać do skompromitowanych metod centralizacji i zabierania kompetencji lokalnych na rzecz centralnego aparatu władzy.

Piotr Zgorzelski, poseł PSL